+ startowa     + ulubione
» Strona główna
» Położenie
» Geologia
» Przyroda
» Historia
» Zabytki
» Literatura
» Sport       » Galeria      » Podziękowania  
» Kontakt 


Kontakt z webmasterem: zguba6@wp.pl
Witaj na stronie www.dobkow.prv.pl
Ostatnia aktualizacja:
28 październik 2004 r.
 

LEGENDA O DĄBKU

            To historia o miłości i zdradzie, o wielkim, zakonnym skarbie ciągłych poszukiwaniach, prowadzonych zarówno, przed i w czasie wojny, jak i już całkiem współcześnie, przez kilka grup eksploratorów. Miejsc do sprawdzenia jest, co prawda,  wiele, ale tylko kilka z nich budzi szczególne zainteresowanie. Piwnice, lochy i odziemne korytarze są, bowiem w okolicach Dobkowa stare, że tam właśnie mógł zostać ukryty zrabowany przed wiekami skarb, który podobno należał do templariuszy.

            Stefania K. W okolicy Świerzawy mieszka od 1946 roku. Jej rodzice przyjechali tu podtarnowskiej wsi, a ona sama rok później wyszła za mąż za Niemca, którego rodzina nie została wysiedlona do Niemiec. Dlaczego tak się stało, ani Stefania nie pamięta już zbyt dobrze, ale jest pewna, że wżenienie się młodego Niemca w polską rodzinę było, choć w części koniunkturalne. Ale potem naprawdę przyszła miłość i niczego nie żałuje. Mieli czworo dzieci, a jej mąż Jurgen, przez znajomych, w pracy i w domu zwany Jurkiem, okazał się bardzo porządnym człowiekiem. Gdy kilkanaście lat temu zmarł, na pogrzeb przyszła niemal cała wieś.

            - Polubili mnie w tej niemieckiej rodzinie, opowiada pani Stefania – a z czasem stałam się prawdziwą przyjaciółką matki mojego męża, Ingrid. Gdy ją poznałam, była już starszą kobietą, bo Jurgena urodziła bardzo późno. Zapewne, dlatego moja teściowa była babcią nie tylko dla mich dzieci, ale także trochę i dla mnie. I może właśnie dzięki temu miałam okazję słuchać wielu starych historii, które Ingrid opowiadała moim dzieciom i mnie...

MORD I KLĄTWA

            Pani Stefania nie pamięta już dokładnie tej historii, słyszała ją, bowiem od Ingrid dawno temu, jeszcze w latach pięćdziesiątych. Jest jednak pewna, że chodzi w niej o rycerza-zbójnika, którego Ingrid nazywała Dąbkiem. Przezywano go tak, bo był silny, ale niewysoki. W XV wieku rycerz ten osiadł i zbudował warowny dwór w Dobkowie i na tych ziemiach zaczął gospodarzyć. Chyba bez większego sukcesu, bo Dąbek dość szybko zajął się zbójowaniem, z czego pochodziła większość jego niemałych dochodów. Po pewnym czasie Dąbek postanowił się ożenić. Wybrał pannę szlacheckiego rody, z kasztelanii w pobliskiej Starej Kraśnicy i po wielu zabiegach, jako że przez rodziców dziewczyny nie był mile widziany, ostatecznie doprowadził wybrankę przed ołtarz. Ingrid opowiadała, że była to wielka, ale i tragiczna miłość, którą przerwała zbrodnia, sąd i kat. Młodzi przeżyli po ślubie tylko kilka szczęśliwych lat, a kasztelanka obdarzyła Dąbka czwórką dzieci.

            Dąbek, choć w tajemnicy, zbójował nadal. Gdy dowiedział się, że zakonnicy z Wlenia mają przywozić klasztorny skarb do innego klasztoru, w Pisarzowicach, zorganizował napad na zakonne wozy. Zabił zakonników i towarzyszącą im służbę, a skarb ukrył gdzieś w Dobkowie. Krótko po tym zdarzeniu Dąbek zbudował nowy, okazały dwór, a jego żona zorientowała się, że złoto, które mają, pochodzi za zbójeckiego rzemiosła, i zaczęła podejrzewać, że to właśnie jej mąż wymordował zakonników. Zapewne poszła ze swoim podejrzeniem do Starej Kraśnicy, do ojca, bo wkrótce doszło do ostrego starcia Dąbka z teściem. W wyniku bójki, a może zwykłej zbrodni, teść Dąbka zginął, a on sam na dłuższy czas gdzieś przepadł. Wtedy jego żona, ze strachu przed mężem i dla odpokutowania za popełnione przez niego grzechy, zdecydowała się na życie w klasztorze. Najpierw ukryła się we Wleniu, później przewieziono ją do Krzeszowa, a ostatecznie, już jako mniszka, osiadła w Lubiążu. Tu opowiedziała opatowi swoją dramatyczną historię i podobno podała nawet, gdzie ewentualnie jej mąż mógł ukryć skarby zrabowane wymordowanym zakonnikom. Ingrid twierdziła jednak, że skarbu nigdy nie odnaleziono, a Dąbek został osądzony i ścięty na wrocławskim rynku. Podobno Dąbek nawet na torturach nie zdradził ani tego, gdzie jest skarb, ani tego, gdzie są ukryte jego dzieci.

            Zanim jednak Dąbek został ścięty, opat lubiąskiego klasztoru nałożył na zbója klątwę, która miała ciążyć na jego potomkach aż przez trzynaście pokoleń. Niemiecka tradycja wiązała, bowiem z tym przekleństwem dużą liczbę upośledzonych dzieci, które przez kilka wieków rodziły się w okolicach Dobkowa, Starej Kraśnicy, Jurczyc i Rzeszowa. Gdy gdzieś w okolicy rodziło się takie dziecko, mówiono wtedy, że ich potomkiem był Dąbek.

            Legenda opowiedziana przez Ingrid podaje też, że Dąbek swój skarb ukrył w nowym, okazałym grodzisku, które zbudował pomiędzy Dobkowem, a Jurczycami. Teraz jest tam tylko jeden Dom i kilka starych ruin, w części już niemal niewidocznych. Pod jedną z nich do dziś znajdują się wielkie, bardzo stare piwnice, w których ma być schowany Dąbkowy skarb. Pani Stefania opowiada, że jej teściowa mówiła o bardzo długich, starych, podziemnych tunelach, którymi można było dojść z Dobkowa aż do Muchowa. Podobno szedł nimi jeszcze w ubiegłym wieku, właśnie w oszukiwaniu skarbu, jeden z dziadków Ingrid, jako służący właściciela pałacu w Machowie.

UCZENI

Pani Stefania opowiada, że poszukiwania skarbu i starych chodników były prowadzone także przed wojną, przez niemieckich uczonych. Kilku z nich przez pewien czas mieszkało w domu rodzinnym Ingrid, Ingrid ona sama wiele razy nosiła im jedzenie na stanowiska pracy. Przy okazji mogła sporo usłyszeć. Uczeni z Berlina najpierw przez wiele dni rozmawiali z okolicznymi mieszkańcami, prosząc by opowiedziano im miejscowe bajki i legendy, nawet najbardziej nieprawdopodobne. Wysłuchali ich kilkadziesiąt. Niemal we wszystkich domach usłyszeli historię o Dąbku, tyle tylko, że w wielu różnych, ale w istocie bardzo podobnych wariantach. Ingrid doskonale zapamiętała tez i to, że uczeni mówili o „twardym jądrze” tej legendy.

Po kilku miesiącach prac poszukiwania nagle przerwano. Ingrid opowiadała, że niektórzy uczeni jeszcze przez kilka lat w okresie wakacji przyjeżdżali do Dobkowa i Muchowa. Spędzali tam po kilka tygodni, cały właściwie czas przebywając w terenie. Wtedy Ingrid nie miała już do tych ludzi bezpośredniego dostępu i niewiele wiadomo o tym, czym naprawdę się zajmowali. Dwóch z nich w okolice Dobkowa wróciło raz jeszcze, już pod koniec wojny, w oficerskich mundurach. Ingrid spotkała ich pod koniec 1944 roku w okolicy pałacu w Machowie. Dowiedziała się wtedy tylko tyle, że wykonują ważne zadanie „dla Niemiec”.

Niemiec okolicy wiedziano, iż zima 1944 na 1945 r. do pałacu w Muchowie i do Muchowskiego Lasu przyjechało kilkadziesiąt ciężko załadowanych ciężarówek. Niektóre z nich Ingrid widziała osobiści i widziała także, jak rozładowywano je na placowym podwórku. Wszystko szybko znikało w pałacowych wnętrzach, wnętrzach ludzie mówili, że niektóre auta jechały wprost do Muchowskiego Lasu. Wracały stamtąd puste. Wtedy właśnie Ingrid zrozumiała, że ważnym „dla Niemiec” zadaniem, jest ukrywanie czegoś, co chcą zabezpieczyć jeszcze przed zakończeniem wojny. W tamtym czasie mówiono w okolicy wiele o przywiezieniu do Muchowa złota i innych skarbów zgromadzonych w berlińskich muzeach, mówiono także o ukrywaniu osobistego majątku dygnitarzy III Rzeszy, a nawet o tym, że w Muchowie i sobkowskich podziemiach ukrywanie jest złota z berlińskich banków. Jednak tego, co naprawdę przywieziono, nie wiedział nikt.

Z relacji Pani Stefanii wynika, że Ingrid i wielu innych ludzi dość szybko zorientowała się, że pałac w Muchowie jest po prostu za mały na pomieszczenie tego, co do niego zwieziono. Wtedy właśnie, w zimie 1945 roku w tej okolicy z całą siła odżyła legenda o Dąbkowym skarbie i lochach, w których niegdyś został ukryty. Ludzie, bowiem przypomnieli sobie podania o długich korytarzach łączących, Dobków z Muchowem i zrozumieli, że tam właśnie musi być ukrywane to, co przywieziono ciężarówkami. Obecnie część tych podziemi przekształcono w sieć kanałów ciepłowniczych.

LEŚNICZÓWKA

Jedną z tajemnic tej okolicy jest dawna leśna gajówka, pod którą do dziś zachowały się ogromne, w części obetonowane piwnice, które bardziej przypominają wielką przeładownię ciężarówek. Dziś dotrzeć d tych miejsc mogą tylko ci, którzy je dobrze znają. Natomiast z przekazów pochodzących z innych źródeł niż relacja ani Stefanii jednoznacznie wynika, że w marcu 1945, zapomniana dziś ruina leśniczówki była miejscem, gdzie rozładowywano transport kilkunastu ciężarówek, które przyjechały w rejon Muchowa z okolic Sobótki.

Naoczny świadek tego zdarzenia podawał, że był bardzo silnie chroniony transport, którym w rejon Muchowa przywieziono podobno jakieś bardzo ważne dokumenty i sporo bardzo wartościowych przedmiotów. Miały one pochodzić z muzeów w Prusach Wschodnich, Wschodnich skierowano je do Muchowa dlatego, że magazyny pod Sobótką były już w tym czasie zablokowane. Transport przywieziony z lasu pod Muchowem musiał zawierać coś naprawdę ważnego albo bardzo cennego, bo przy jego rozładowywaniu doszło do poważnego sporu kompetencyjnego pomiędzy wojskowymi różnych formacji. Niestety, nie wiadomi dokładnie, czego dotyczył spór, ale świadkowie informowali, że musiał być bardzo poważny, skoro wojskowi mieli w ręku broń, a na teren leśniczówki po kilku godzinach zjechały spore siły żandarmerii. Ostatecznie jakoś ten problem załatwiono, a pomagających w racach rozładunkowych Niemców zobowiązano do zachowania absolutnej tajemnicy. Jak im wiedziano – pod groźbą utraty życia – tak natychmiast, jak i już o wojnie. Teraz, co jakiś czas ruiny leśniczówki są penetrowane przez eksploratorów. Kto wie, jak to zrobić, może wejść nawet kilkadziesiąt metrów w głąb tych piwnic i zobaczyć, że kończą się one starymi, w części chyba naturalnymi ziemnymi zaciskami, które uniemożliwiają dalsze zwiedzanie tych podziemi. Jest niemal wszędzie, także i w tym miejscu zawały, teraz już na pewno części naturalne, odcinają drogę wzdłuż podziemnych chodników. Pytana o to miejsce pni Stefania twierdzi, że jest to bardzo możliwe, iż leśniczówka powstała nad starymi chodnikami, które łączyły niegdyś Dobków i Muchów jednak na ten temat niczego dokładniejszego nie wie, bo Ingrid na ten temat właściwie nie mówiła.

Eksploratorzy z Wrocławia twierdzą, że są w posiadaniu starej mapy, z której wynika, że chodnik rzeczywiście istniał, a leśniczówka leży dokładnie nad nim. Twierdzą także, że już kilka lat temu udało się im przejść zawał i wejść do jednego z chodników na głębokość kilkunastu metrów. Dalej jednak jest kolejny zawał. Ale najważniejsze jest to, że w tym chodniku znaleziono resztki rozbitych skrzyń. Na kilku deskach zachowały się jeszcze fragmenty kartonów i sukna, tak jakby skrzynie czymś takim były wyłożone. Znaleziono tam także pozostałości po zgnitych kartonowych tubusach i sporo także zgniłego już papieru, który mógł służyć do pakowania np. szkła lub precjozów. To miejsce, zdaniem eksploratorów, było już przez kogoś dokładnie uprzątnięte, i to już wiele lat temu. Ktoś zrobił to tak dobrze, że nie zostało tam absolutnie nic wartościowego.

Prawdziwość tej relacji potwierdza także pewna grupa eksploratorów z Jeleniej Góry, którzy już znacznie później dotarli w to miejsce. Dziś zawalił się tam niemal wszystko i bez podjęcia robót na wielką skalę nie ma większego sensu wchodzenia do tych podziemi.

Ostatnią rozmowę z panią Stefanią miałem okazję przeprowadzić już po spotkaniu z eksploratorami. To, co mogłem jej powiedzieć o tych spotkaniach, bardzo ją zaciekawiło. I wyraźnie pobudziło pamięć, bo staruszka przypomniała sobie, że jedno z opowiadań Ingrid o dawnych czasach był spowodowane tym, że spotkała ona kilkanaście lat po wojnie któregoś z tych Niemców - naukowców, jednak z tych, których ostatni raz widziała w czasie zimy 1945 roku, w wojskowym mundurze...

Tekst: Marek Chromicz

Artykuł „Nowiny Jeleniogórskie” nr 49, 4-10.12.01 r. str. 19

 

Co sądzisz o tej stronie ?
   słaba
   średnia
   super